Jako zakochanym w popkulturze miłośnikom, zorientowanym na
poszczególne ulubione tematyki i Uniwersa, nam fanom jest niezwykle trudno się
nie zgodzić ze stwierdzeniem, że rozpowszechnione na całym świecie, rozlane po
globie całą swoją niezwykłością, Gwiezdne Wojny, żyją własnym życiem; że są tak
wyjątkowym organizmem, jakby były niezależnym, odrębnym bytem, które niczym
,,Święty Graal” czekały do lat 70-tych XX wieku na swoje odkrycie. Że prawie od
42 lat trwają one niezłomnie w popkulturowym świecie, pływając w oceanie
ludzkich myśli, wyodrębniając się z nich jako gigantyczna zbiorowość, która
przetrwa w sercach fanów jeszcze dziesiątki pokoleń w przód.
Słynne, będące dla popkultury tym, czym tlen dla istot żywych, Star Wars, które
w połowie lat 70-tych XX wieku, w pierwszych, próbnych scenariuszach na filmowe
Space Fantasy, i którym w końcu, w 1977r. na światowej kinowej premierze dał
życie skromny, bardzo ambitny George Lucas, to nie tylko rozpoznawalna światowa
marka niczym gigantyczna korporacja, której produkty są dosłownie wszędzie,
sięgając w każdy zakamarek, każdą nawet najmniejszą ,,odkrytą” powierzchnię -
tam, gdzie popkultura już dawno odcisnęła swój znak, gdzie kulturowa myśl
ludzka wciąż pragnie czegoś rozwijającego i dopełniającego. Na pewno złym i
zbyt przerysowanym stwierdzeniem nie będzie określenie Gwiezdnych Wojen mianem
protoplasty dla gatunku filmowego science – fiction z uwzględnieniem akcji w
przestrzeni kosmicznej. Kiedy wyszedł pierwszy ich film z serii, nikt na dobre
nie zdawał sobie sprawy, że sunące po kosmicznym niebie Imperialne
Niszczyciele, śmigające myśliwce Rebeliantów i poruszające się z gracją,
zwrotnie, i z zadziwiającą prędkością, zostawiające za sobą charakterystyczny
wizg pracujących silników, pojazdy typu „TIE”, strzelające do siebie wiązkami
energii, wywrą tak gigantyczne wrażenie na rzeszy publiczności. To była czysta
,,Moc” akcji i brawura, które rozdzierały materię obłej stateczności, będącej
do emisji "The Star Wars" w 1977 roku, niestety, częścią rozrywkowego
nie potrafiącego porwać do swego mitycznego świata przeciętnego widza, kina
science-fiction . Do pierwszego filmu z sagi Star Wars Lucasa dołóżmy piękną,
zniewalającą różnorodnością i energią, wołającą widza do przygody ścieżkę
dźwiękową Johna Williamsa, okalającą fikcyjny, osadzony w Galaktyce świat,
gdzie pierwsze skrzypce grało dualistyczne, prawie że baśniowe starcie Ciemnej
z Jasną Stroną Mocy, a rzeczywiście po wielu latach od pierwszej premiery
Gwiezdnych Wojen, po setkach wydanych książek i komiksów, po 8 głównych
kinowych epizodach, śmiało, bez zbędnych oporów można stwierdzić, iż dostaliśmy
coś tak ekstatycznego i ujmującego, co wpłynęło nie w gigantyczny, ale w
przesunięty ku nieskończoności, bezcenny, przeczący ulotności na kulturowy
dobytek cywilizacji współczesnej - którą człowiek tworzy od kilkuset lat,
sposób.
Na jestestwie Gwiezdnych Wojen wychowują się już, co najmniej, dwa pokolenia
miłośników Sagi Lucasa. Nieco starsi jej fani pamiętają czasy prawdziwej
klasyki Star Wars: epizody filmowe "IV-VI"; czasy, w których królował
młody niedoświadczony adept Jedi, Luke Skywalker, i ścigający jego oraz
Rebelię, do której należał, Imperator i okryty ponurą, rażącą wrogością
hebanową zbroją, Darth Vader. Nawet nieco młodsi widzowie oglądający "Star
Wars: A New Hope" z 1977 roku pamiętają jedną z najważniejszych scen w
historii dorobku filmowego tej marki. A był to moment, który przez wielu
miłośników Star Wars uznawany jest za otwierający i napędzający potężną
maszynę, jaką jest Saga zapoczątkowana lata temu przez Lucasa. Wystarczy
wspomnieć słowa, które tak bardzo wybijały się z tej krótkiej, mającej miejsce
na okręcie politycznym "Tantive IV" scenki, a nasze umysły
momentalnie zaleje fala wspomnień, obrazów i zachowanych w pamięci dźwięków. Te
kilkadziesiąt sekund, które wtedy, na początku "Nowej Nadziei" się
rozegrały odżyje z siłą pierwszego, niezapomnianego doświadczenia. Po prostu
nie da się zapomnieć wiadomości, którą w formie hologramu Leia Organa nagrała
do pamięci kopulastego, niskiego droida R2D2, aby przekazał je pewnej osobie,
na której pomoc w powstrzymaniu Imperium liczy cała Rebelia. Jej słowa brzmiały
,,Pomóż mi, Obi-Wanie Kenobi, jesteś moją jedyną nadzieją…”. To właśnie
wspomnienie "Epizodu IV" Gwiezdnych Wojen, a w szczególności tej krótkiej,
ale jakże istotnej scenki na Okręcie Politycznym ,,Tantive IV”, i postaci, do
której księżniczka Organa kierowała swą wiadomość oraz sam fakt chęci
poruszania się, jako fan, spośród całego ogromu treści Sagi w Kanonie
książkowym "Legend" Star Wars, powoduje, że tym razem, to właśnie
powieść Johna Jacksona Millera "Star Wars: Kenobi" pochłonęła me
czytelnicze gwiezdnowojenne gusta, i swą obezwładniającą Mocą zajęła na długie,
i co tu dużo mówić, warte uwagi godziny.
Po upadku Anakina Skywalkera, gdy przeszedł on na Ciemną Stronę Mocy i narodził
się jako Darth Vader, gdy na kończącej "Wojny Klonów" - widowiskowej
batalii na miecze świetlne, na Mustafar, gdzie ,,eks-Anakin” starł się ze swoim
mistrzem, Obi-Wanem, czego skutkiem były prawie że agoniczne obrażenia, które
odniósł, i które ,,uratowało” założenie opalizującej o barwie ropy zbroi
podtrzymującej jego życie – jestestwo mrocznej istoty – świat Jedi bardzo wiele
stracił; chyba nawet zbyt wiele. Po eskalacji furii świeżo upieczonego Vadera,
którą była bezlitosna egzekucja Jedi, tzw. czystka, Zakon przeistoczył się w
szybko butwiejące, rozpadające się w szary, cmentarny pył wspomnienie. Jasna
Strona Mocy nie miała znaczenia, balans sił w Galaktyce biegł ku
zaprzepaszczeniu i całkowitemu zatraceniu. Jedynie w niedobitkach Jedi, takich
jak Obi-Wan Kenobi wciąż tliła się nadzieja; wciąż trwał w nim pierwotny pokład
naturalnego dobra i przekonanie, że w Galaktyce, w końcu zapanuje dobro; że
ciemność zniknie, a równowaga w Mocy, która scala całą rzeczywistość zostanie
przywrócona. Nowelizacja J.J. Millera, którą bez cienia wątpliwości można
mianować sequelem "Zemsty Sithów", lecz nastawionym na przedłużenie
dramatycznej naznaczonej osobniczą odpowiedzialnością za losy Galaktyki,
sequlem Obi-Wana, jest odpowiednią ku temu historią, aby ukazać sympatykom
Gwiezdnych Wojen, dla których nie są one kolejnym zwykłym filmem, lub zwykłą
przeczytaną książką, że w najbardziej dramatycznych, skazanych na porażkę
sytuacjach dobro zawsze zwycięża; że Kenobi – pokorny sługa Mocy, jako Jedi
odrzucający zatruty dziwnym, zbyt instytucjonalnym kodeksem Zakonu Jedi, system
wartości, potrafił wykazać wręcz tytaniczną cierpliwość, determinację i wolę
przetrwania godną ocalonych w czasach post-apokalipsy, dzięki którym nie zatracił
się w nihilizmie i rozpaczy, i wyruszył na Tatooine, aby przekazać pod opiekę
pewnej rodzinie małe zawiniątko: okryte szatami dziecko, które za kilkanaście
lat ma dać Galaktyce nadzieję na pokonanie wszędobylskiego, wyrzucającego swe
obłe macki, zła.

W powieści J.J. Millera, Kenobi nie bez przyczyny odgrywa pierwsze skrzypce, to
oczywiste; to czuć po rozkładzie tempa akcji dzieła i sposobu rozwijania się
jego fabuły i licznych wątków, które mimo własnej historii, trzymają się
pędzącego ku zapomnieniu i własnej samotni Obi-Wana. Pod względem szybkości
tempa rozgrywanych wydarzeń, w powieści nie zaznamy realiów typowych dla
gwiezdnowojennych filmowych, animowanych, czy komiksowych i beletrystycznych
starć, gdzie czuć, jak z każdym kolejnym przeczytanym zdaniem, akapitem, stroną
czy rozdziałem intensywność rozgrywanych wydarzeń i nachodzących na siebie
wątków staje się coraz większa. W "Kenobim" akcja ma cierpki,
powolny, melodramatyczny charakter i nastrój, i jest to świetnym ruchem ze
strony przeniesienia myśli twórczych J.J. Millera aktem kreacji na powieściową
płaszczyznę wydarzeń tego tytułu; w końcu Obi-Wan przetrwał czystkę Jedi i był
świadkiem upadku swojego ucznia, Anakina, wokół którego, co smutne, ślepo
wierzono, że będzie on dla Galaktyki nadzieją na przywrócenie równowagi w Mocy
i nastania w jej macierzy eonów stabilnych i spokojnych czasów. Plusem noweli o
jednym z ostatnich Jedi jest skupienie jej akcji na obszarze Tatooine oraz
dokładne poznanie kultury i obrzędowości ludzi pustyni tu zamieszkujących.
Tuskenowie w "Kenobim" zostali przedstawieni w tak inteligentny
sposób, jakby studiowano ich lud pod względem etnologicznym i antropologicznym.
J.J. Miller sprowadza nam Tuskenów do zupełnie nowej roli. Po samym opisie ich
obyczajowości i zżycia społeczności, która wyłania się z ich rasy, można
stwierdzić, że ludzie pustyni są dla siebie tak samo zżyci, jak Jedi dla innych
Jedi. Dzięki postaci A’Yark, która sprawnie połączyła wątek Tuskenów i istot
ludzkich, jako dwie rywalizujące ze sobą grupy etniczne Tatooine w jedną
całość, mamy świadomość, że noszący zakrywające cały ciało szaty, i grube
metaliczne dostosowane do palącego żaru pustyni planety, gogle, Tuskenowie żyli
naznaczeni cierpieniem i dyskryminacją; w końcu nie byli tacy dzicy, jakich
zapamiętaliśmy z "Nowej Nadziei" – filmowego "Epizodu IV Star
Wars".

Obi-Wan, który za wszelką cenę próbował zniknąć z mapy ,,Zakonu Jedi", a
mimo to wciąż ukrywać się, egzystując gdzieś w pustelni na Tatooine i
pokładając wiarę w Moc, z niewzruszonym spokojem ducha i sercem, które stawiło
czoła spaczonemu przez korupcję i konszachty z Huttami Orrinowi Gaultowi i
ocaliło rodzinę Calwellów, wciąż trwał przy nadziei, bo przecież niedaleko od
jego małego mieszkanka w familii Larsów zamieszkał malutki chłopczyk, który za
kilkanaście lat na nowo napisze los całej Galaktyki.